Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Odrodzenie tom 4 Ucieczka do Wisonsin

Tim Seeley i Mike Norton opisują swój komiks dumnie jako “prowincjonalne noir”. Jest to tylko częściowo trafne. Co stanowi drugą część równania? Podpowiedzią jest pierwsza rzecz, jaką ujrzymy po otworzeniu tomu czwartego. Okładka oddająca hołd Żywym Trupom. Odrodzenie jest praktycznie przeciwieństwem tamtego komiksu. A jednocześnie obydwa są pokrewne sobie tematycznie. Kirkman użył historii o apokalipsie aby pokazać, że to ocalali z niej będa niczym prawdziwe żywe trupy. Martwi wewnętrznie. Nieumarli u Kirkmana są tylko tłem dla ludzkich tragedii. Seeley wziął ten koncept i postanowił rozegrać to inaczej. Odrodzeni to zombie a jednocześnie ich antyteza. Jednocześnie to powstali z grobu umarli, których nie da się ponownie wysłać ponownie na tamten świat. Za sprawą swojej siły stanowią takie samo zagrożenie jak zazwyczaj horda truposzy. Ale zarazem dalej zachowują świadomość. To nie bezduszne potwory, ale ludzie z krwi i kości, zagubieni, pozbawieni części siebie. Martwi wewnętrznie. Ten tom dodaje jeszcze jedną różnicę do listy. Zombie zazwyczaj czynią cię jednym z nich przez ugryzienie. Niektórzy wierzą, że zjedzenie mięsa Odrodzonego uczyni cię takim jak on. Jak się w tym tomie okazuje, mają rację. Dana musi udać się z Rotschild do Nowego Yorku i wybadać kto kupuje organy Odrodzonych. Po drodze wpadając na starego znajomego. A skoro o jedzeniu mowa, do miasta zawita Tony Chu.

Duchem jednak obydwa komiksy są o tym samym. O ludziach radzących sobie w obliczu nienaturalnej sytuacji na skalę, której nie potrafią w pełni zrozumieć. Ten tom cyklu szczególnie wgryza się w konsekwencje jakie to na nich ma. Em jest zupełnie zagubiona i na swojej drodze spotyka kogoś, kto wcale nie pomoże jej się pozbierać a wręcz przeciwnie. Poszukiwania mordercy siostry zaczynają niszczyć relacje Dany z rodziną. May stacza się, przygnieciona sekretami i tragicznymi przeżyciami. Również gierki burmistrza Dillisha zaczynają mieć konsekwencje. Tyle tylko, że dla szeryfa, który musi się użerać z niepoczytalnym Edmundem Holtem. Dodajmy do tego wątki Lestera i Ibrahima i widać, że to konsekwencje są motywem przewodnim tego tomu.

Fabularnie tytuł ma wiele zalet. Przede wszystkim, nie można mu odmówić klimatu. Atmosfera miejsca gdzie diabeł mówi dobranoc wciągnęła mnie niemal od razu. Przywodzi na myśl klimaty książek Stephena Kinga albo Miasteczka Twin Peaks. Doskonale uzupełnia ona wszystkie poważniejsza i mroczniejsze elementy opowieści. Pomimo sporej ilości przemocy, najbardziej przerażający moment był bardziej subtelny. To chwila gdy Edmund zachęca Coopera do odwiedzenia go. Ten moment wywołuje serię wydarzeń trzymającą w napięciu bardziej od głównego wątku. I doskonale pokazuje, jakim draniem jest Holt. Jak daleko posunie się w swojej prywatnej wojnie z szeryfem. Wcześniej człowiek ten mógł wydawać się co najwyżej typowym południowym rasistą. Można było argumentować, że jest niegroźny póki zostawi się go w spokoju. To były głupi argument, ale naiwny czytelnik mógłby dać się nabrać. Było nie było, milion to statystyka, jak to mówią. Kiedy Holt pokazuje swoją nienawiść wobec Muzułmanów albo czarnoskórych, można nim pogardzać, ale raczej nie bać. Mówi ogólnikami i wytartymi sloganami. To tylko kolejny niedouczony idiota którmu trzeba ograniczyć dostęp do Twittera. Dopiero gdy wciąga w swoje gierki syna głównej bohaterki, wszelkie złudzenia co do jego osoby się rozpływają. Holt jest niebezpieczny, bez dyskusji. O ile ogólnie ten złoczyńca do mnie niezbyt przemawia to ten zabieg jest świetny w swojej prostocie. Oczywiście wizyta Dany w wielkim jabłku również obfituje w makabryczne momenty. Chociaż tytuł reklamuje się jako noir, zdecydowanie nie rozczaruje fanów horroru.

Nie wszystko jest jednak doskonałe. Tak jak reszta serii, również ten tom idzie miejscami na skróty i sięga po stereotypy i klisze. Tym razem w osobach dwójki Rdzennych Amerykanów wprowadzonych w tym rozdziale. Nie mówię tego by rzucać oskarżeniami o uprzedzenia. Nawet zupełnie pomijając tę kwestię, to są postacie potwornie płaskie. Są tak jednowymiarowi, że wybijają z lektury. Kontrast z wielowymiarowymi członkami regularnej obsady jest zwyczajnie zbyt duży. Drugi problem to przemowa Coopera pod koniec pierwszego zeszytu w tomie. O ile zazwyczaj Seeley jest dobry w pisaniu przekonująco tego dzieciaka, to ta jedna scena zawiodła. Nic, co o tej porze pokazał nam z bohaterem nie sugerowało, że jest na tyle mądry aby wygłosić taki wykład. Brzmi to jak słowa dorosłego, a konkretnie autora, wsadzone w usta dziecka.

Ostatnią uwagę mam do finałowego zeszytu w tomie, crossoveru z Chew. To funkcjonalnie bardzo dobry i klimatyczny zeszyt, ale niepozbawiony wad. Konkretnie takiej, że Tony Chu wydaje się tu zepchnięty na drugi plan. Czytając Odrodzenie można odnieść wrażenie, że ma strukturę podobną do serialu. W pewien sposób można nawet uznać ten tom za rodzaj finału sezonu. Również ten crossover wydaje się jak odcinek serialu. Z tych gdzie bohater innego tytułu tej samej stacji się szlaja za obsadą i stara zachęcić fanów do oglądania swojego show. Problem w tym, że ten zeszyt miał być równoprawnym crossoverem między dwoma tytułami. A teraz wygląda raczej jak występ gościnny. A ponieważ Chew jest o wiele bardziej popularne od Odrodzenia, daje to odwrotne efekty. Czytelnik odnosi wrażenie, że Tony jest tu aby zachęcić fanów do sięgnięcia po Odrodzenie. Tim Seeley pozwolił sobie pokpić z ludzi uważających ten crossover za bezsensowny. Ale to nie był prawdziwy problem zeszytu. Jest nim to, że obie części crossovera nie są sobie równe.

Rysunki Mike'a Nortona są, jak zawsze, wspaniałe. Muszę pochwalić projekty postaci. Chociaż większość to zwyczajni ludzie, każdy bohater jest łatwo rozpoznawalny. Nie mogę się przyzwyczaić jednak do kolorów Marka Englerta. Używa on palety, która ma być przytłumiona i bliżej szarości, ale nie jest do końca. Przez to niektóre kolory wydają się wręcz świecić, szczególnie czerwony użyty do krwi. Nieco mroczniejsza paleta mogłaby być o wiele bardziej klimatyczna. Tłumaczenie Bartosza Musiała jest na dobrym poziomie, znalazłem może tylko jeden rzucający się w oczy błąd. Gdy zszokowany Wayne “wzywa imię Pana nadaremno”, woła “Jezus”, zamiast “Jezu”. Nie znam żadnego wierzącego mówiącego po polsku, kto w sytuacji stresu używałby tego słowa w mianowniku. Ostatnia uwagę mam do papieru użytego do okładek. On się bardzo łatwo brudzi, nawet trzymanie w czystych dłoniach może zostawić ślady.

Nie chcę aby wyglądało, że wieszam psy na tym komiksie. Ma swoje wady, owszem. I jako recenzent czuję się w obowiązku o nich powiedzieć. Jednakże pomimo nich Odrodzenie pozostaje bardzo dobrą i klimatyczną pozycją. Czytając ją miałem skojarzenia z czymś, co powiedział mi kiedyś znajomy. Mianowicie, że wampiry to ulubieni nieumarli liberałów a zombie - konserwatystów. Nie dotyczy to rzecz jasna wszystkich. Prawicowiec Bill Willingham, na przykład, nienawidzi zombie. Ale rozumiem logikę za takim argumentem. Nawet jeśli nie wiem czy mnie stuprocentowo przekonuje. Wampir jest wyjątkowo stary, posiadający wielką potęgę i bogactwa, kto żeruje na słabszych od siebie aby przedłużyć swoje życie. To metafora bogatego wyzyskiwacza. Zombie to bezmyślna horda pragnąca pożreć każdego na swojej drodze i uczynić jednym z nich. To metafora tego jak wielu prawicowców widzi lewicę. Jako kolektyw chcący odebrać im indywidualizm. I dosłownie pożreć żywcem tak jak ich zdaniem robią to biedni na zasiłku z ich pieniędzmi. W kontekście takiej interpretacji ciekawe są tytuły jak Odrodzenie czy iZombie. Które biorą ten koncept i pokazują, że te zombie to jednak dalej ludzie z własnymi problemami. I za to, pomimo wad, Odrodzenie zasługuje na uwagę.

Demogorgon

Odrodzenie tom 4: Ucieczka do Wisconsin
Scenariusz: Tim Seeley
Rysunki: Mike Norton
Tłumaczenie: Bartosz Musiał
ISBN: 978-83-8110-634-4
Oprawa: miękka
Ilość stron: 128
Format: 170x260
Cena: 42 zł
Zawiera zeszyty #18-23 oraz "Chew/Odrodzenie" #1.

Komiks można kupić w sklepie wydawnictwa Non Stop Comics

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.